Finał głośnej inicjatywy referendalnej w stolicy przyniósł ulgę władzom miasta, a organizatorom akcji – konieczność przełknięcia porażki. Stołeczna Operacja Referendalna po sześćdziesięciu dniach intensywnej mobilizacji zakończyła zbiórkę podpisów pod wnioskiem o odwołanie prezydenta Rafała Trzaskowskiego oraz Rady m.st. Warszawy. Efekt? Wniosek w ogóle nie trafi do Komisarza Wyborczego, bo zabrakło pod nim wymaganej prawem liczby poparcia.
Choć wolontariusze do ostatnich godzin prowadzili akcję w punktach węzłowych miasta – m.in. na placu Bankowym, przy stacji Metro Centrum czy na Dworcu Wileńskim – ostateczny bilans zamknął się w liczbie około 111 tysięcy głosów. Do przekroczenia bezwzględnego progu dziesięciu procent uprawnionych do głosowania mieszkańców stolicy zabrakło co najmniej 21 tysięcy podpisów. Inicjatorzy od początku mieli świadomość, że realny cel musiałby wynosić około 150–160 tysięcy deklaracji, aby zrekompensować ewentualne błędy formalne i podpisy odrzucone podczas weryfikacji.
Fiasko zbiórki oznacza, że warszawiacy nie pójdą do urn, by rozstrzygać o losach miejskiego samorządu przed końcem kadencji. Historyczny punkt odniesienia stanowi próba odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz z 2013 roku – wówczas do głosowania co prawda doszło, ale referendum okazało się nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji. Tym razem do bezpośredniego sprawdzianu przy urnach w ogóle nie dojdzie, co definitywnie zamyka polityczny spór wokół tej inicjatywy i pozwala stołecznemu Ratuszowi powrócić do codziennego zarządzania miastem bez widma przedterminowych wyborów.


