Dramatyczna historia z okolic Zakroczymia w powiecie nowodworskim. Czytelniczka Miejskiego Reportera opisuje bulwersującą sytuację związaną z łosiem, który leżał bez sił na brzegu Wisły, prawdopodobnie uwięziony w mule. Pomimo zgłoszenia sprawy służbom ratunkowym i przekazania dokładnej lokalizacji zwierzęcia, sześć dni później kobieta znalazła je martwe w tym samym miejscu. Czy można było zapobiec tej tragedii? Czy służby podjęły odpowiednie działania?
Do zdarzenia doszło 4 października 2026 roku około godziny 10:40 w okolicach Zakroczymia, przy zjeździe na plażę nr 555 nad Wisłą. Czytelniczka wraz z osobami towarzyszącymi zauważyła żywego łosia leżącego przy brzegu rzeki. Zwierzę było wyraźnie osłabione, nie podnosiło się i prawdopodobnie nie było w stanie samodzielnie wydostać się z grząskiego terenu.
Świadkowie podejrzewali, że łoś mógł być ranny lub ugrzązł w mule. Niezwłocznie powiadomili Państwową Straż Pożarną w Nowym Dworze Mazowieckim oraz zadzwonili pod numer alarmowy 112.
Jak relacjonuje kobieta, dyspozytor miał zapewnić, że na miejsce zostaną skierowani strażacy, a o sytuacji zostanie powiadomione również zarządzanie kryzysowe. Zgłaszający przekazali dokładne współrzędne lokalizacji, zdjęcia zwierzęcia oraz pinezkę wskazującą miejsce, w którym znajdował się łoś.





Sześć dni później znaleźli martwego łosia
10 października kobieta ponownie wybrała się w to samo miejsce na spacer. To, co zobaczyła, było dla niej ogromnym wstrząsem. Łoś nadal znajdował się dokładnie tam, gdzie został zauważony sześć dni wcześniej. Tym razem zwierzę już nie żyło. Woda, która opadła odkryła małą wysepkę, na której zwierzę ugrzęzło.
Zbulwersowana Czytelniczka postanowiła wyjaśnić, dlaczego mimo wcześniejszego zgłoszenia doszło do takiej sytuacji. Skontaktowała się ponownie z Państwową Strażą Pożarną w Nowym Dworze Mazowieckim.
Według jej relacji poinformowano ją, że do zdarzenia zadysponowano druhów z OSP Zakroczym, jednak osoba udzielająca informacji nie znała przebiegu interwencji ani jej rezultatu.
Kobieta usłyszała również, że w sprawie usunięcia martwego zwierzęcia powinna skontaktować się z Państwowym Gospodarstwem Wodnym Wody Polskie.
Jak twierdzi Czytelniczka, po wykonaniu telefonu do Wód Polskich usłyszała, że odsyłanie jej do kolejnej instytucji to przerzucanie odpowiedzialności. Pracownicy mieli zapewnić, że przekażą zgłoszenie właściwym podmiotom.
„Temu zwierzęciu można było pomóc”
Kobieta nie kryje rozpaczy i oburzenia. W przesłanej do naszej redakcji wiadomości opisuje całe zdarzenie i zarzuca odpowiedzialnym instytucjom brak skutecznej reakcji.
„04.10.2026 o godzinie 10:40 zauważyliśmy żywego łosia leżącego przy brzegu rzeki Wisła. Łoś leżał i nie miał siły wstać, najprawdopodobniej był ranny i zakleszczył się w mule. (…) Zgłosiliśmy sprawę do straży państwowej w Nowym Dworze Mazowieckim oraz na numer alarmowy 112. Powiedziano nam, że przyjedzie straż i wezwą zarządzanie kryzysowe. Podaliśmy im dokładne dane, gdzie znajduje się łoś, wysłaliśmy zdjęcia i pinezkę”
– relacjonuje Czytelniczka.
„Dzisiaj, tj. 10.10.2026, pojechaliśmy pospacerować w tamtą okolicę i okazało się, że łoś leży w tym samym miejscu martwy”
– dodaje kobieta.
Najbardziej poruszające są jej słowa dotyczące cierpienia zwierzęcia i poczucia bezsilności wobec zaistniałej sytuacji.
„Piszę do was, bo jest to karygodne zachowanie naszych władz. Temu zwierzęciu można było pomóc… Przynajmniej tak, aby nie cierpiał i nie umierał z wycieńczenia”
– pisze załamana Czytelniczka.
Straż pożarna wyjaśnia. Wcześniej interweniowano przy tym samym łosiu
Skontaktowaliśmy się z rzecznikiem prasowym Państwowej Straży Pożarnej w Nowym Dworze Mazowieckim, który przekazał nam dodatkowe informacje dotyczące wcześniejszych interwencji w tym rejonie.
Jak ustaliliśmy, w dniach 1–3 października strażacy otrzymywali zgłoszenia od osób postronnych dotyczące łosia przebywającego w rejonie Wisły. Na miejscu interweniowały dwie jednostki ochotniczej straży pożarnej – OSP Zakroczym oraz OSP Trębki Nowe.
Z przekazanych informacji wynika, że strażacy, wspólnie z osobami postronnymi, ustalili, iż zwierzę regularnie przedostaje się na wyspę na Wiśle. W związku z tym wcześniejsze zgłoszenia potraktowano jako fałszywe alarmy, uznając, że łoś nie znajduje się w bezpośrednim niebezpieczeństwie i nie wymaga pomocy.
Możliwe więc, że kiedy 4 października nasza Czytelniczka ponownie powiadomiła służby o łosiu leżącym bez sił przy brzegu rzeki, zgłoszenie zostało powiązane z wcześniejszymi interwencjami. Tym razem jednak sytuacja mogła być znacznie poważniejsza, ponieważ według relacji kobiety zwierzę nie było w stanie samodzielnie wstać i prawdopodobnie ugrzęzło w mule.
Warto podkreślić, że strażacy rzeczywiście podejmowali wcześniej interwencje w związku z obecnością łosia w tym rejonie. Nie oznacza to jednak, że wyjaśniono wszystkie okoliczności zgłoszenia z 4 października.
Nadal nie wiadomo, czy po otrzymaniu kolejnego zgłoszenia ponownie sprawdzono stan zwierzęcia, czy przeprowadzono jego ocenę i czy podjęto działania mające na celu udzielenie mu pomocy.
Sprawa pokazuje, jak istotna jest ponowna weryfikacja zgłoszeń, nawet jeśli dotyczą miejsca, w którym wcześniej interweniowano. Zwierzę, które jednego dnia nie wymagało pomocy, kilka dni później mogło znaleźć się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia.
Ostatecznie 10 października łoś został odnaleziony martwy. Czy jego śmierci można było zapobiec? To pytanie nadal pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.
Czy zawiodła koordynacja służb?
Sprawa budzi poważne pytania o sposób przeprowadzenia interwencji i współpracę pomiędzy odpowiedzialnymi instytucjami.
Z relacji zgłaszającej wynika, że służby otrzymały zarówno opis stanu zwierzęcia, jak i dokładną lokalizację oraz dokumentację fotograficzną. Mimo to po sześciu dniach łoś został odnaleziony martwy.
Nie ustalono również, kiedy dokładnie łoś padł i jaka była przyczyna jego śmierci. Sam fakt odnalezienia zwierzęcia w tym samym miejscu nie przesądza, że przez cały ten czas pozostawało ono bez pomocy.
Czy gdyby odpowiednio szybko przeprowadzono skuteczną akcję ratunkową, zwierzę miałoby szansę przeżyć? Dlaczego zgłaszająca nie otrzymała jednoznacznej informacji o przebiegu interwencji? Czy wszystkie odpowiedzialne instytucje zostały powiadomione?
Czytelniczka uważa, że doszło do niedopuszczalnego przerzucania odpowiedzialności między służbami i instytucjami, a konsekwencją mogła być śmierć zwierzęcia, któremu można było pomóc.
To poważne zarzuty, które wymagają wyjaśnienia. Kluczowe będzie ustalenie rzeczywistego przebiegu działań po zgłoszeniu z 4 października, w tym tego, jakie decyzje podjęto w sprawie rannego lub osłabionego łosia.
Historia z Zakroczymia pozostawia jedno zasadnicze pytanie: czy zrobiono wszystko, aby uratować bezbronne zwierzę, którego dramat został zgłoszony odpowiednim służbom?


