Ogromne kontrowersje wywołała interwencja Rzeczniczki Praw Dziecka Moniki Horny-Cieślak dotycząca rodziny z warszawskiej Białołęki. Dwoje dzieci w wieku trzech i czterech lat trafiło do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Wcześniej policja, kurator oraz sąd nie zdecydowali o ich natychmiastowym odebraniu. Gdy sprawa ponownie trafiła przed sąd, ten nakazał niezwłoczne wydanie dzieci rodzicom i bardzo krytycznie ocenił sposób działania instytucji.
Początek sprawy sięga 14 sierpnia. Na warszawskiej Białołęce Monika Horna-Cieślak zauważyła kobietę, która miała szarpnąć swoje dziecko i na nie krzyczeć. Matka później tłumaczyła, że zareagowała w ten sposób, ponieważ dziecko nagle weszło na jezdnię. Pomiędzy kobietą a rzeczniczką doszło następnie do ostrej wymiany zdań, podczas której matka miała używać wulgaryzmów. RPD zawiadomiła policję.
Po pierwszych czynnościach funkcjonariusze nie zdecydowali o natychmiastowym odebraniu dzieci. Materiały zostały skierowane do sądu rodzinnego, który zlecił pilny wywiad środowiskowy. Również kurator odwiedzający rodzinę nie stwierdził wówczas potrzeby natychmiastowego umieszczenia dzieci w pieczy zastępczej.
Sytuacja zmieniła się po kolejnych działaniach i spotkaniu z udziałem przedstawicieli policji oraz RPD. Funkcjonariuszka wydała wobec rodziców nakaz opuszczenia mieszkania oraz zakaz zbliżania się do dzieci. Ponieważ nie udało się szybko zapewnić im opieki ze strony innych osób, trzy- i czterolatek trafili do placówki opiekuńczo-wychowawczej.
Sprawę następnie ocenił sąd rodzinny, który nakazał natychmiastowy powrót dzieci do rodziców. Jak wynika z uzasadnienia opisanego przez Zero.pl, sąd uznał skalę podjętych działań za nieproporcjonalną do zdarzenia. W uzasadnieniu wskazano również, że całokształt czynności wobec rodziny może nosić znamiona „przemocy instytucjonalnej”. Sąd zwrócił uwagę także na osobiste zaangażowanie rzeczniczki w sprawę.
Do publikacji odniosła się Komenda Stołeczna Policji. Policja podkreśliła, że sytuacja rodziny była znana służbom już wcześniej. Wobec rodziny prowadzona była procedura Niebieskiej Karty, pozostawała ona pod nadzorem sądowym oraz była objęta pomocą Ośrodka Pomocy Społecznej. KSP zaznaczyła też, że podjęta decyzja opierała się na dokumentach wynikających z obowiązujących procedur.
Sama Monika Horna-Cieślak odpiera zarzuty. Rzeczniczka przekonuje, że była bezpośrednim świadkiem przemocy fizycznej i psychicznej wobec małych dzieci i jako świadek miała obowiązek zareagować. W rozmowie z dziennikarzami podtrzymała swoją ocenę tego, co zobaczyła na Białołęce.
Sprawa ma już dalszy ciąg. Poseł Paweł Jabłoński poinformował o złożeniu zawiadomienia do prokuratury dotyczącego możliwości przekroczenia uprawnień przez RPD. Samo zawiadomienie nie oznacza stwierdzenia, że doszło do przestępstwa — jego zasadność będą oceniać organy ścigania.
W czwartek 24 września do sprawy odniósł się również minister sprawiedliwości Waldemar Żurek. Zapowiedział zbadanie okoliczności zdarzenia, w tym tego, czy w związku z działaniami podejmowanymi wobec rodziny mogło dojść do przekroczenia uprawnień.
Po ujawnieniu sprawy pojawiły się również zapowiedzi polityczne dotyczące złożenia wniosku o odwołanie Moniki Horny-Cieślak ze stanowiska Rzeczniczki Praw Dziecka.
Sprawa wywołała szeroką dyskusję przede wszystkim o granicach interwencji państwa w życie rodziny oraz o tym, jakie środki powinny być stosowane, gdy istnieje podejrzenie przemocy wobec dziecka. Kluczowe dla dalszej oceny wydarzeń będą ustalenia dotyczące podstaw decyzji policji oraz zakresu działań podejmowanych przez Biuro Rzecznika Praw Dziecka.


